top of page

Przeznaczenie cię nie ominie.

Zdjęcie autora: marzenaloos
marzenaloos
8 paź
5 minut(y) czytania

To było tak koło moich czterdziestych urodzin, prawie dwa lata temu, kiedy postanowiłam, że już nie chcę więcej dzielić się tym, co tak naprawdę siedzi we mnie, w moim środku. Do tamtego momentu dużo pisałam na Facebooku, ale nie chciałam już być pisarką udręki i wewnętrznej walki.


Nie byłam szczęśliwa ze sobą z miejsca, w którym znajdowałam się w tamtym momencie na moje, jakże znaczące, czterdzieste urodziny. Byłam wtedy w Polsce, po wakacyjnym sezonie festiwalowym. Był październik. Mieszkałam w mieszkaniu mojego kuzyna we Wrocławiu, do którego prawie nie wpadało światło i w którym czuło się zapach starości i milionów spalonych papierosów. Nie było mnie stać na nic lepszego, a to mieszkanie dostałam po rodzinie.


Na zorganizowanie czegoś na moje urodziny też nie było .. Nie było jakby ludzi, ani pomysłu. Poza moją rodziną była jakaś pustka w moim życiu. Pojechałam więc na retreat dla kobiet, który organizowała moja znajoma. Pomyślałam: chociaż będę wśród jakichś kobiet. Sam retreat też jakoś się nie udał. Ludzie się wysypali, energia była trudna, a wszystko zaczynało się w pełnię księżyca, w dniu moich urodzin. Przyjechałam z tortem. Retreat uratowała dla mnie wtedy jedna z jego uczestniczek — dziewczyna, którą poznałam wcześniej na jakimś wydarzeniu. To ona trzymała mój tort z zapalonymi świeczkami, a ja myślałam wtedy: dlaczego tego tortu nie trzyma dla mnie ktoś bardziej mi bliski? Nowo poznane kobiety śpiewały mi sto lat, a ja na zewnątrz się uśmiechałam, podczas gdy w środku wyłam do księżyca.

Z tą dziewczyną spędziłyśmy blisko ten wyjazd, rozmawiając o tym i o innych zakamarkach naszych serc. Powiedziała mi wtedy dwie rzeczy: że to ja stworzyłam sobie miejsce, w którym jestem, więc muszę wziąć za nie odpowiedzialność.

I że moją ścieżką jest powrót do świętości życia.


Postanowiłam wziąć odpowiedzialność za siebie.


Skoro byłam niezadowolona z siebie, postanowiłam się sobą zadowolić.

Skoro nie miałam pieniędzy — skupić się na tym, żeby je mieć.

Skoro czułam pustkę, wypełnić ją.


Przez następne półtora roku zaczęłam robić więcej. Poza rozwojem mojej biżuterii i innych rzeczy, które przywoziłam z Meksyku, poświęciłam się wyjazdom do Meksyku i promocji wodnej terapii, którą zajmowałam się już od pięciu lat i której pokazanie w Polsce było zresztą moim marzeniem.


(Współ)zorganizowałam trzy wspaniałe wydarzenia i wyjazdy między Meksykiem a Polską. Z sukcesem sprzedawałam moje kryształy, które stawały się coraz bardziej rozpoznawalne. Zaczęłam dawać warsztaty z tańca kontaktu — kolejnej mojej pasji.

Ogólnie byłam zajęta.


Skoro byłam samotna — postanowiłam samotna już nie być.

Po latach braku lub gruzu, lub tego i tego, jeśli chodzi o mężczyzn (z nielicznymi wyjątkami), weszłam z kimś w relację. Mieszkaliśmy razem w Meksyku. Gdy wyjechałam do Polski, on opiekował się Ayo.


Skoro czułam się źle fizycznie — postanowiłam to zignorować.

Bywało różnie. Zawsze miałam jakiś dyskomfort w moim systemie trawiennym, ale nieważne. I tak nie było jak się tym zająć — nie przy moich nieustannych podróżach, wiecznych zmianach i towarzyszącym temu stresie. Co jakiś czas mnie rozkładało, więc wtedy się składałam, doleczałam, robiło się lepiej i leciałam dalej. Zawsze mówiłam sobie: jeszcze trochę. Jeszcze trochę i się tym zajmę.

Nie wiem już, o jakie trochę wtedy chodziło.


Poprzednie lato w Polsce, w Europie, było bardzo fajne. I zapierdalałam. Od festiwalu do festiwalu, od wydarzenia do wydarzenia, z jednego miejsca w drugie. Wiecznie niewyspana. Jednego dnia spałam pod namiotem, drugiego u kogoś na sofie. Jedzenie tu, to tam, zawsze o innej godzinie.


W tym momencie, poza bólami trawiennymi, miałam już też chroniczny ból w ramieniu. Nie wspomnę o plecach, bo to ciągnęło się też od lat.

Byłam wymęczona. W ciele, w umyśle, w sercu.

Ale kiedy trzeba było, stawałam z uśmiechem do zadania.


W listopadzie wracałam do Meksyku, gdzie miałam nadchodzący drugi wyjazd dla grupy z Polski. Zakończyłam już relację z Meksykaninem, chociaż on do końca tak tego nie widział. Poza tym miał Ayo, więc po przyjeździe jeszcze na chwilę wróciłam do jego domu. W międzyczasie w Europie poznałam też nowego mężczyznę.

Działo się.


W końcu byłam odpowiedzialna.

Za swoje życie. Za projekty. Za swoje finanse.

W końcu, po kilku latach, kiedy było mi ciężko finansowo, byłam do przodu. Miałam dużo planów, moje kryształy, pokaźną kolekcję i pieniądze na kolejną inwestycję.

Wszystko zaczynało wyglądać tak, jakby w końcu układało mi się w życiu.


5 listopada miałam wylot z Berlina.



Ledwo wyrabiałam się, żeby się spakować. Co wziąć do Meksyku, co zostawić w Polsce, co u taty w jego kawalerce, co u wujka w piwnicy. Jeszcze ktoś pisze o kryształ albo inny gadżet — to jeszcze spakować, wysłać… Nie mogłam złapać oddechu.


Na Dworzec Centralny we Wrocławiu jechaliśmy pędząc autem. Opiszę kolejną historię o tym, co tam się jeszcze dokładnie wydarzyło, bo nie na tym chcę się teraz skupić. Ale między wypakowaniem z auta a wejściem na pokład autobusu do Berlina zginęła moja walizka podręczna z całą moją biżuterią.


Straciłam moje kryształy.

Do Meksyku doleciałam bez biżuterii. I to był dopiero początek. W ciągu listopada pierdolnęło wszystko, co budowałam przez ostatnie kilka lat. Efekt domina. Wielki Reset. Leciało po wszystkich moich inicjatywach, inwestycjach, relacjach personalnych.


A na koniec, żeby symbolicznie pokazać, jak leciało — mój eks przypadkowo wjechał mi swoim autem w moje, rozwalając mi przód. „Dobrze, że w ciebie nie wjechał” — powiedział mi ktoś. Ale wjechał we mnie. Poobijał mnie tak, że jeszcze miesiącami po rozstaniu dochodziłam do siebie po tej relacji.


Na końcu poszło moje zdrowie. Nie utrzymało już niczego. Na początku grudnia, chcąc zrozumieć i oświetlić swoją sytuację, wybrałam się na ceremonię z hikuri — medycyną niebieskiego jelenia, świętym kaktusem pustyń meksykańskich. Rozłożyło mnie po tej ceremonii na łopatki na miesiąc.






Spędziłam święta i Sylwestra sama, z Ayo przy moim boku. Miałam tak wywalone zatoki, że nie miałam nawet siły płakać. Jeden znajomy przyniósł mi wodę i zakupy, kiedy w końcu odważyłam się kogoś poprosić o pomoc. Leżałam tak plackiem, słuchając fajerwerków noworocznych i patrząc w wielką czarną dziurę, która jedno po drugim zabierała mi wszystko, co budowałam ostatnie parę lat. I znowu byłam sama.

Na zewnątrz stało moje zaparkowane, rozwalone auto. Jeździło. Ale jego widok mówił wyraźnie: Nie tędy była twoja droga w życiu, Marzi.]


Jak nie tędy, to gdzie?

Między jednym zamroczeniem od bólu głowy a drugim z czarnej dziury wyłaniała się biała kartka. A na niej kilka zdań:


Masz zostać opowiadaczką swojej walki, bólu i męki.


Tego wszystkiego, czego doświadczasz w życiu. Im bardziej będziesz od tego uciekać, tym więcej będziesz tracić.

Ale nie będziesz zawsze pisarką udręki.

Przyjdzie czas, kiedy zaczniesz rodzić się ponownie. Nie tylko przez ból.

Ale też przez magię i przez miłość.

Przypomnisz sobie kolejne słowa dziewczyny z twoich czterdziestych urodzin:

Twoją ścieżką jest powrót do świętości życia.

I zaczniesz, komórka po komórce, ją odnajdywać.

Odkryjesz ją w akceptacji swojej historii, w dotyku swojego bólu i w nadziei jego transformacji w piękno.

 
 
 

Komentarze


cbf8d5cb-600c-475c-870d-bb491ee6f6ad.JPG
bottom of page