top of page

“Historie znad Pacyfiku”No. 0.

Zdjęcie autora: marzenaloos
marzenaloos
7 paź
2 minut(y) czytania

Mam historię, którą jednocześnie bardzo chcę opowiedzieć i bardzo nie chcę opowiadać.

Przeżyłam w ciągu ostatnich 8 lat, czyli odkąd zostawiłam karierę w finansach i Londyn za sobą, tak wiele doświadczeń z każdego obszaru, że nie umiałabym przekazać 33-letniej sobie, o co czeka ją w następnym cyklu życia. I nawet teraz zajmuje mi sporo, by to wszystko objąć.


Zmieniłam się i nie zmieniłam się.


Coś wielkiego w moim życiu się kończy i coś zaczyna, dlatego też nazywam ten okres, w którym obecnie jestem - między magią i bólem.


Od 5 lat, od czasu mojej pracy z ayahuascą w Brazylii, mam chroniczne problemy zdrowotne, których symptomy skupiają się głównie w moim układzie trawiennym. Zaczęłam jednak czuć, że źródła tego, co dzieje się w moim ciele, muszę szukać głębiej.


Moje poszukiwania uzdrowienia stały się przede wszystkim alternatywne - głównie przez ludzi spotkanych na mojej ścieżce, którzy zaczęli prezentować mi inny punkt widzenia na to, czym jest zdrowie i dlaczego się psuje. To była bardzo odmienna wizja od systemu medycznego, w którym dorastałam. Ale także przez wiadomości, które otrzymuję w moim ciele subtelnym poprzez mój głos wewnętrzny.


I ten głos stał się uparty z jedną wiadomością - aby uzdrowić się na poziomie twojej duszy, musisz wyrazić swoją historię światu. Nie później, teraz. Z tego niewygodnego miejsca. Nigdy nie umiałam się do tego zobowiązać, zawsze pokazywałam kawałki, potem znikałam, potem wracałam.


Wielka część mnie nigdy nie chciała tego zrobić. Nie chcę stać w miejscu publicznym i pokazywać trud swojej drogi, który jeszcze nie stał się przeszłością.

Czasem ludzie dają mi analizy mojej osoby albo mówią, że jestem zbyt intensywna, że za bardzo coś eksponuję albo że szukam walidacji. I to też jest część rzeczywistości, która może odbijać w jakimś stopniu moje własne patrzenie na siebie. Natomiast ważniejsze jest dla mnie teraz, żeby nie hamować się z tym, co chce ze mnie wyjść.

Nie chcę, by ktoś się o mnie martwił, choć życzliwość ludzka jest mi bliska w sercu. Moja rodzina się o mnie martwi, widząc moje łzy. Na końcu oni zwyczajnie chcą, żebym była zdrowa.

Nie lubię też w sobie tych myśli - czy ktoś mnie usłyszy, czy ktoś zostanie, czy ktoś odejdzie, czy właściwie to wszystko robię, czy to ma w ogóle sens.


Za każdym razem, gdy pokazuję to, co mnie boli, czy jest to ból fizyczny czy emocjonalny, siadam ze sobą i powtarzam. Nie kasuj, puść to, zaufaj. I czasem ktoś do mnie napisze, i podziękuje mi za odwagę. Te wiadomości zawsze były moim paliwem.


Ale największym moim paliwem stał się mój brzuch. Nie chcę już wzdętego i bolącego mnie brzucha. Nosiłam go długo. Ignorowałam go, zaleczałam, podleczałam… ale nie wyleczyłam.

Może moja alternatywna ścieżka nie uda się. Może głos, który słyszę w sobie, to iluzja. Ale postanowiłam spróbować jeszcze ten jeden raz.


Może nie wyjdzie z tego nic, a może wszystko, nie wiem.


Najważniejszą moją publiką jest moja własna dusza.




 
 
 

Komentarze


cbf8d5cb-600c-475c-870d-bb491ee6f6ad.JPG
bottom of page